Książki historyczne o historii Prus i stare meble stylowe to wszytko znajdziesz w miasteczku na Warmii o nazwie Dobre Miasto
Powrót do indeksu
 

ROZMAITOŚCI LITERACKIE

 

Józef Ignacy Kraszewski

KUNIGAS

Powieść z podań litewskich

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Warszawa 1995
 

Kultura bałtyjska od czasu do czasu stawała się inspiracją dla dziel literackich i tak jest po dzień dzisiejszy. Poniżej prezentujemy trzy fragmenty, w których znajdziecie literackie opisy grodu bałtyjskiego, miejsca świętego - Romowe oraz obrzędu pogrzebowego. Opisy znaleźliśmy w prawie zapomnianej już powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego "Kunigas". Powieść opatrzona jest podtytułem odwołującym się do tradycji litewskiej, ale możemy przyjąć głęboką analogię i powinowactwo kultury litewskiej i pruskiej. Prezentowane fragmenty są oczywiście wizją literacką, niemniej nie można jej odmówić osadzenia w materiałach historycznych.

Tytuły fragmentów pochodzą od redaktorów strony

[Gród Pilleny] s. 39-51

U stóp wzgórza stary Niemen płynie cicho: wyżłobił sobie wiekami koryto spokojne, skrył się w nim i choć wiosna wody mu doleje, choć deszcze strumienie za-brzegi wyrzucą, on ojciec nie wyjdzie z łożyska, nie zagniewa się na łąki, nie wyskoczy na pola sąsiednie. Widać tylko na jego powierzchni pomarszczone fale, wirujące prądy, białą pianę, która jak tanecznica wokoło się obraca i o kamienie rozpryskuje; czasem się podniesie trochę woda, jakby groziła, i wnet posłuszna wraca, gościńcem swym ku morzu śpiesząc

Młodsze rzeki dokazują, on nigdy - miłosierny jest jak ojciec.

Objął dokoła wydmę piaszczystą i pagórek, opasał, uścisnął, jakby go pokochał i chciał bronić. Bo też na nim stary pograniczny litewski grodek stoi, mało nie tak dawny jak ojciec Niemen, co go strzeże.

Tylko teraz, gdy się Niemcy wciskają w cudze obszary, z małego grodziska stała się warownia mocna.

Patrzyli Litwini, jak się Niemcy budowali, i trochę nauczyli od nich. Niegdyś takich tu okopów i ścian nie było potrzeba - starczało wału i ostrokołu - teraz przeciw żelaznym napastnikom mało kamiennych zbroi.

A z kamienia kto by tam klecił i lepił, gdy Pan Bóg dał drzewa twarde i grube jak skała obłamy?

Strach spojrzeć z dala na Pilleny. Olbrzymy tam chyba poznosiły te kłody ciężkie, w człowieka całego szerokie, powiązane z sobą, jakby się zrosły. Nikt jeszcze takiej wyżyny ścian nieważył się wznosić na Litwie. Dziesięciu ludzi, gdyby stanęło na ramionach jeden drugiemu, jeszcze by ich wierzchu nie dościgli. I dokoła obchodząc zamek, gdybyś oczyma szukał bramy, nie znajdziesz ani okna, ani szczeliny. Wszystko jak ulane z jednej bryły.

Tylko ze środka tego olbrzymiego stosu rośnie w górę słup drewniany, ogromny, z którego, gdy spojrzysz wkoło, na milę widać łąki, pola, lasy i Niemen, jak się poważnie obraca, wygina, zakręca, aby gdzie potrzeba ziemię obronił, ludzi napoił, czółno podniósł i kamień przytoczył.

Zamek stoi na wzgórzu, a wzgórze na wyspie, która tylko wąskim ziemi paseczkiem z lądem się wiąże; a i ten, gdy Niemen zechce, to go zakryje i dokoła swoje dziecko ramionami otoczy.

Pod osłoną zamkową tuż, jak grzyby z ziemi, dobywają się numy, szałasy, chatyny - obozowisko czasu pokoju, pustka czasu wojny, z której mieszkaniec do Pilleń ucieka. Tu i ówdzie wyrosła wierzba stara, została po lesie sosna sierota. Ponad wodami bujają łozy jak zielone warkocze poplątane z sobą, a spośrodka nich także wierzby sterczą, straż trzymając nad tą dziatwą swawolną.

Wierzba stara - to niby żołnierz, który straszne boje pamięta i znaki ich na sobie nosi. Pień pogięty od wiatrów gdy był młodym, potrzaskany od piorunów, popękany od suszy, dziurawy, wyjedzony, spróchniały, często na wylot wiatr przepuszcza. Korzenie jak palce konwulsyjnie ściśnięte ziemi się trzymają, a kora na nich jakby żyłami nabrzmiała.

U góry głowy nie ma, zerwała ją burza, gałązki tylko młode wyrosły, aby ranę zabliźnić i osłonić. Z jednej strony gałąź sterczy obita jak ręka wyciągnięta o miłosierdzie prosząca, z drugiej sęk jak kość obnażona. Od pnia popuszczały wnuki. Gałęzie, susz, konary, kłoda pęknięta - razem wszystko poczwarnie wygląda; niby kona, a co rok się odmładza, wali się a stoi, schnie a żyje i po nocy ludzi i zwierzęta straszy.

Cóż, gdy ich takich jak w Pillenach od strony lądu stanie na dolinie rząd cały niby wojsko na straży? Z dala ci się wydaje, iż obry wyszły gródka obraniać. Którą wiatr obalił, a legła choć już jej wnętrzności żółte widać, przylgnęła do ziemi i puszcza wici nowe.

Był ranek ni jesieni, ni zimy; niebo szare, wiatr ostry, dokoła jakby wszystko wymarło, cisza i ani żywej duszy. Nawet w numach i kleciach życia widać nie było.

Jedna z wierzb u skraju, praprababka z pniem na pół rozdartym, rozkraczona, z dala więcej od innych poruszać się zdawała. U korzeni jej wystających, poplątanych, jakby płachta wiewała jakaś, jakby się zwierz mościł czy człowiek przytulał.

Z ziemianki na osadzie wyjrzawszy niewiasta dojrzała tu coś u pnia się poruszającego, popatrzała; głową potrząsnęła i na powrót się skryła do domu.

Wyszedł wkrótce człek, kożuchem na wierzch włosami obróconym okryty, począł się przyglądać bacznie; potem pałkę u drzwi stojącą, krzemieniem nabijaną w rękę wziął i wolnym krokiem ku wierzbie zbliżał się ostrożny.

Coraz lepiej rozeznać było można siedzącego w dziupli, małego. grubego człeka, okrytego prostą sukmaną, w czapce z uszami długimi na głowie, z torbą na plecach i węzełkiem u pasa. Spod naciśniętej na czoło kapuzy wyglądała twarz okrągła, opalona, stara i brzydka. Prawie ponad nią sterczały ramiona przygarbione a niżej - grubą kłodą nieforemną, poplątaną, zwijały się ręce człowiecze i nogi płachtami i skórą poobwiązywane.

U nóg leżał kij gruby a przy nim worek szary.

Odpoczywając pod wierzbą, na wszystkie strony rzucając oczyma, zobaczył niewiastę, co go pierwsza postrzegła i człowieka, co się teraz zbliżał ku niemu. Nie nastraszyło go to wcale.

Kulił się i do wierzby przytulał jak do matki. Zwinąwszy się w kłąb, palce w zanadrze pochował, głowę wsunął w ramiona i patrzał na zbliżającego się obojętnie.

Za wychodzącym z numy gospodarzem wprędce na próg się i pies żółty z sierścią najeżoną wysunął. Stanął, pociągnął powietrze i szczekał, zaburczał, zawahał się, aż począł za panem iść coraz żywiej, jakby mu pilno bronić go było.

Lecz im dalej, tym się na nim sierść bardziej nastrzępiać zaczęła, oczy wystąpiły z czaszki, wargi obnażyły zęby.

Gospodarz na psa się obejrzał ł pałkę ścisnął mocniej w ręce, bo psy czują nieprzyjaciela.

Lecz miałżeby to być wróg? Na Litwina wyglądał, a choć mu się nieprzyjaźnie zdał stawić nadchodzący, nie myślał się zabezpieczyć, nie okazał ochoty do zaczepki ani do obrony.

O kilka kroków od wierzby pan i pies stanęli. Pan się podparł na palce, pies siadł, podniósł łeb i zawył.

Zły to był znak.

Siedzący na ziemi poruszył się, ręce dobył z ukrycia, nogi Wysunął i wstał. Człek był gruby, mały, stęporowaty, silny, ale niestraszny.

- Któż ty? co tu robisz - zapytał pilleńczyk

Podróżny rozśmiał się naprzód dobrodusznie. - Toć widzicie; trzebaż pytać? - odparł wesoło-Swalgon jestem biedny; na to zeszło nam, że i takim jak ja, gdyby żebrakom i nędzarzom włóczyć się potrzeba...

Niemcy nam dużo ziemi i ludzi zabrali. Wurszajtom i swalgonom, choć umierać z głodu, robić nie ma co. Gdzie się święty dąb ostał, to tam koło niego naszych jak mrowia i z ofiar pożywienia. nie starczy. Bodaj Perkunas wytłukł tych, co nas uciskają!

Pies, słysząc ten głos, wyć nie ustawał, aż wieśniak musiał zwróciwszy się ku niemu groźnym ruchem nakazać milczenie.

Sam on nie wiedział, co swalgonowi odpowiedzieć.

Wprawdzie i dawniej takich wróżbitów, guślarzy i kapłanów najemnych włóczyło się dosyć po świecie, od numy do numy, od osady do osady. Przyjmowano ich gościnnie, a zawsze coś się znalazło do pobłogosławienia, do oczyszczenia, odczynienia i porady.

Teraz włóczęgów podobnych widywano częściej, bo dużo dębów i świętych miejsc nie stało; rozproszeni byli, więc i nie tak im już po chatach byli radzi, gdy raz wraz zachodzili.

- A skąd? - spytał chłop, po namyśle.

- Pytajcie lepiej, gdzie mnie nie było? - odparł swalgon - Najczęściej ponad Niemnem tu się włóczę, bo to moja rodzinna ziemia; i w Pillenach ci bywałem, ale dawno już temu... Co się to małżeństw nabłogosławiło i wiele im naśpiewało!

- Hm! swalgon! - zamruczał wieśnisk - jużci musi to być, kiedy mówicie; żeście nim, ale odzieży swalgona nie widzę na was, ani pasa, ani... .

- Co za dziw! - odparł żwawo, przybliżaiąc się ostrożnie, swalgon. - Obdarli mnie Niemcy na granicy i byliby powiesili, gdybym się im ochrzcić nie dał. Rzucili mnie do wody i takem ocalał.

- I uszedłeś z rąk niemieckich?! - zawołał pilleńczyk. - To cud! Oni nie przepuszczają nikomu, ani starym, ani młodym i wszystkich nas wybić myślą. A jeszcze poznawszy swalgona...

Głową pokiwał niedowierzająco.

- Ja im życia nie winienem - począł podróżny - nie daliby mi go, ale Perkunas mnie wszechwładny obronił. Gdy do wody rzucili, s jam na dno poszedł, wrzask posłyszeli z dala ulękli się zasadzki i pierzchnęli a jam do brzeguu dopłynął,

Pies już tylko burczał.

Swalgon pozbierawszy kij, torbę i węzałki leżące na ziemi zbliżył się do wieśniaka zdając się pewnym gościny, o którą nawet nie prosił.

Zawrócili się obaj ku chacie. .

- Siądę się ogrzać u was - rzekł swalgon. - Gdyście nadeszli, zębami dzwoniłem. Zima coś wcześnie nadchodzi. Umiem, gdy potrzeba, jaką chcąc pieśń zaśpiewać, a i wróżyć potrafię, czy z piwa, czy z wody, czy z wosku, jak kto zażąda. Choroby odpędzam, bydłu pomogę.

Wieśniak nie odpowiadał nic, lecz stręczącego się nie odpędzał. Wlekli się powoli ku numom i lepiankom, z których gdzieniegdzie wychylały się głowy, wychodzili ludzie, wyskakiwały psy, a za nimi wybiegały bose i na pół nagie dzieci.

Pusta przed chwilą okolica ożywiła się. Obcego jakiegoś człowieka, choć swojaka, Litwina, wszyscy byli ciekawi.

Tuż stała granica, którą już Niemcy zajmowali i od niej grozili; każdy się rad był dowiedzieć, czy włóczęga nie przynosił wieści o jakim napadzie, zaborze lub choćby poruszeniu nad rubieżą.

Tacy ludzie, co się snuli ciągle, wiedzieli wiele.

Ci, którzy spostrzegli, że podróżny ku lepiance Gajlisa zmierzał. poczęli tez iść do niej gromadnie.

Nie te to już stare czasy szczęśliwe były na Litwie, co przed wieki!

Zawsze nieprzyjaciel jakiś napadał wprawdzie, ale w głębiny kraju nie sięgał i były błogosławione okolice za puszczami, za bagnami, kędy noga jego nie postała. Tu od niepamiętnych wieków siedzieli ludzie jak w gnieździe, o reszcie świata nie wiedząc prawie: tu rosły i dęby boże, i gaje święcone: tu płynęły wody żywiące i leczące: tu panował pokój i ponad łąki a gaje rozlegały się Litwinek dajnos i dzwonki ich dziewiczych fartuszków, które nigdy im utaić się nie dozwalały.

Teraz zmieniło się wiele, od czasu, jak Krzyżacy padli obozem żelaznym nad granicą i poczęli pobratymcze Prusy, niższą ziemię i wyższą wojować, niszczyć, niepokoić.

W najgęstszej puszczy nie można było mieć spokoju, najświętszych miejsc nie szanowano: paliły się Romowe, wycinano baublisy, lud mordowano i gnano. Potrzeba było stać nieustannie na straży z wytężonym uchem, a na pierwszy odgłos podejrzany uchodzić albo się gromadzić ku obronie ognisk starych.

Toteż nadgraniczne powiaty powoli się wyludniały, gromady się z nich wynosiły w puszcze i błota, a Kunigasy tylko po grodziskach siedzieli, zbrojni, czujni, do ostatka obraniając groby ojców a Ziemię dziadów.

Wszystko się zmieniło powoli pod naciskiem tego wroga i stara swoboda leśna musiała paść ofiarą, bo wojna potrzebowała wodzów i posłuszeństwa. Smutnieli ludziska.

Ci, co dawniej o obcych i sąsiadach nic nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli, teraz na najmniejszy szmer od zachodu pilno nastawiali ucha.

Ukazanie się obdartego swalgona, nie znanego w osadzie, obudzało niezmierną ciekawość. Mógł i on coś przynieść z sobą.

Zaledwie z Gajlisem wszedł do ubogiej jego mimy, na pół w ziemi skrytej, w której pośrodku palił się na kamieniach nigdy nie wygasający ogień domowy, a dokoła niego leżały różnej wielkości polnych głazów bryły służące do siedzenia, a przeze drzwi za nim cisnąć się zaczęli sąsiedzi.

Wnętrze tej numy tak było nędzne jak jej powierzchowność do wielkiego kretowiska podobna. Dym, który się nie łatwo mógł otworem nad ogniskiem wydobyć na zewnątrz, snuł się pasmami sinoszarymi pomiędzy dachem a ścianami.

Izbica była jedna dla ludzi i dla domowych stworzeń, które jakby do rodziny należały. W głębi stała krówka z cielakiem, wołów para chudych, dwa maleńkie grubo-płaskie koniki, które się już zimową sierścią najeżoną okryły. Na ziemi nie opodal leżały brunatne i czarne owieczki i w zgodzie z mmi przechadzały się poufale kury i gęsi. Wszystko to było nawykłe do wspólnego żywota: ludzie i zwierzęta; rozumiało się, ustępowało sobie, a często, gdy zima była sroga, tuliło się wzajem ogrzewając.

Bose i półnagie dzieci ssały owieczki z jagniętami do spółki,

Głos gospodarza i gospodyni tak był zrozumiały wołom jak dzieciom. Pies stróżował równo nad wszystkimi, broniąc niedorostków od zwierząt i zwierzęta od napaści chłopiąt zuchwałych.

Z jednej strony na ścianach, mchem pootykanych szczelnie, wisiały wielkie gospodarskie narzędzia i przybory, inne na policach stały, co kosztowniejsze - w kącie w nasypkach i baryłach były zamknięte.

U góry schły pozwieszane zioła różne, od chorób dla chudoby, od czarów i złych oczu. Stół niewielki i ławv. które zastępowały kamienie w większej części, z gruba zaledwie wyciosane były. Za małymi, półotwartymi drzwiczkami widać było niższą komorę, a w niej radła, porozkładane wozy i koła, a obody...

Swalgon siadł niedaleko od ognia na kamieniu, czapki końce związane pod brodą rozpiął i ręce zmarzłe rozstawiwszy ogrzewał, wyciągając ku niewielkiemu ogniowi.

Zobaczywszy to dzieweczka, co się ciekawie przyglądała przybyłemu, ze strony, od której siadł, podrzuciła trochę suchych gałęzi, ażeby cieplej mu było.

Gajlis poszedł w głąb zaczerpnąć kubek ałusu z beczki i córeczce zagrzać go kazał.

Wszyscy milczeli nie śmiejąc zziębłego zaczepiać wędrowca, który wpatrzył się w ogień oczyma osłupiałymi i dumał a dumał, jakby mu ciężko na duszy było.

Gdy ałus nieco się przygrzał, Gajlis, podając go podróżnemu, z cicha zarzucił pytanie:

- Nie słychać co od tych Niemców przeklętych?

- A kiedy by nie było co od nich słychać? - zamruczał Swalgon. - Albo to oni spokojnie usiedzą choć dzień? Jak w ulu u nich ciągle się rusza i mruczy... Gadają ludzie wiele... Nadchodzi zima. błota pomarzną, tylko, co ich nie widać...

Gajlis westchnął.

- O! gdyby nie zamek nasz a pani nasza, co go bronić chce l musi - rzekł - a nas tu przy sobie trzyma, człowiek by dawno poszedł w puszcze...

Swalgon nastawił ucha.

- Hę! - rzekł - to wy Kunigasa nie macie?

- Mamy i nie mamy - mówił Gajlis - stary ojciec Kunigasowej leży już dawno i nie wstaje... Mąż jej zmarł z ran w bitwie odniesionych: młodego syna porwali i pono zamordowali Niemcy; ona jedna tu rządzi, ale-stanie i za męża, i za wodza... Kto by tu inny na granicy wytrwał? Kto by tu potrafił taką twierdzę straszną pobudować jak ona!

- Dziw kobieta! - zamruczał swalgon.

- Nie była ona taką dawniej, jako żywo, za mężowskiego Żywota - dodał drugi wieśniak. - Dopiero, gdy jej jedynaka, dziecko, synka małego, Niemcy pochwycili, a męża zabili, zemsta ją uczyniła żołnierzem... Pamiętają ludzie, gdy jeno pieśni nuciła, strojne chodziła, a chłopiątko w kwiatki ubierając na ręku kołysała. Jak jej pana a męża i dziecka nie stało... naraz niewiasta przestała być i stała się straszną, jakby bogini jaka, co z Dungusu zstąpiła...

- Dziw nad dziwy - odparł swalgon. - Słyszałem ja ci o tym dawniej, ale choć dziecko Krzyżacy porwali, nie było mowy, aby je zabić mieli! Oni takich malców dużo, słyszę, po zamkach hodują, aby potem na własną krew ich zaprawić.

Gajlis głową pokręcał niedowierzająco.

- Gadki to są bałamutne - rzekł. - Czy to my ich nie widzieli na wojnach? Oni życia nie darowują nikomu... Młode dziewczęta potrzymają w obozie kilka dni i głowy im ścinają i dzieciom czaszki o piece roztrzaskują, starców końmi na śmierć tratują... Chrztu nawet nie chcą i śmieją się z tych, co o życie proszą...

- Ze starszymi to prawda; ja sam wiem i patrzałem na to - mówił swalgon - że nie inaczej bywa; ale małe chłopięta biorą czasem i choć w chlewach, a żywiąc.

- Kunigasowa nasza, Reda - rzekł jeden ze stojących u drzwi - wiedziałaby o tym, gdyby jej syn żył, a ona się mści za śmierć jego...

Swalgon potrząsał głową

- Matka by powinna najlepiej wiedzieć o dziecięciu, a choćby nie wiedziała, przeczułaby; a ja taki swoje twierdzę, żem słyszał i nie jeden raz, jako ludzie rozpowiadali, iż chłopca nie zadławiono... Jeden stary się nad nim ulitował, w opiekę wziął i Niemca z niego uczynił...

Gajlis wstrząsł się i podniósł dłonie...

- Perkunie, możny Boże! - zawołał poruszony - karz ich piorunem i ogniem!... wszak gotowi syna rodzonego na matkę słać... a na matki miecz pierś dziecka wystawić! Niechby ich ziemia pożarła!!

Swalgon zadrżał cały... usta mu się ściągnęły... zamilkł...

U progu pomiędzy gawiedzią stał czasu tej rozmowy milczący człek, któremu inni trochę miejsca zrobili i okazywali pewne. uszanowanie.

Suknia go niewiele różniła od innych: miał na sobie kożuszek krótki, pas skórzany, sukienne spodnie i skórznie z futrem na nogach, na głowie szłyczek spiczasty lisem bramowany, w ręku toporek żelazny... Niemłody, krągłej twarzy, wystających policzków, bladych, ale bystrych oczu, na wojaka jakoś wyglądał i na dworaka razem.

Słuchał on pilnie powieści swalgona o synu wdowy, a gdy ten jej dokończył i wszyscy zamilkli, od progu przyszedł się usadowić na kamieniu obok przybysza.

Popatrzyli sobie w oczy. Swalgon go pozdrowił... Potem w ogień niby wlepiać począł wzrok i zobojętniał, ale ukradkiem ciekawie niekiedy na sąsiada spozierał...

- Dawnoście to tę bajkę p naszym dziecku słyszeli? - odezwał się do niego sąsiad.

- O! nie od dziś, nie od wczoraj ja ją słyszę - rzekł obojętnie swalgon. - A co dziw, że nie w jednym miejscu mi ją rozpowiadano i przez tyle lat się ona wciąż powtarza...

- Dziw!-zamruczał słuchający. Pomilczał nieco.-Hm!- dodał - co ja wam powiem? Nasza Reda i stary ojciec jej, kaleka Walgutis, oboje lubią ludzi, co baśnie stare prawić i pieśni dawne śpiewać umieją... Na dwór by wam do nas potrzeba... Jeść i pić lepiej tam dadzą niż tu ubodzy ludzie i ugoszczą, i obdarują pewnie, bo Reda szczodrobliwa jest... Warto, byście jej powtórzyli, co wiecie...

Gdy to mówił, z mimowolnego poruszenia starego swalgona nieledwie by wnieść było można, iż nim radość zatrzęsła... oczy mu się zaiskrzyły; - lecz wnet ułożył twarz pokorną i postawę biedną jakąś.

- A, ojcze mój! - odezwał się - gdzie tam mnie biedakowi obszarpanemu do Kunigasów iść, przed którymi na twarz padać potrzeba... ani ja, ni moja odzież po temu... Boję się.

Dworak go uderzył po kolanie silną ręką zaśmiał się. - Toć nie powieszą cię ani zetną. Niemcem nie jesteś i nie śmierdzisz nim... Ba! gdyby w tobie Reda zdrajcę lub niemowę zwietrzyła, nie radziłbym jej się w ręce dostać!... Z jej to rozkazu dwóch krzyżackich rycerzy w żelaznych zbrojach, jak stali, na stos rzucono i spalono żywcem; ale swalgonowi, ubogiemu wróżbicie, nigdy tu włos nie spadł z głowy...

Pomimo tego zapewnienia, podróżny słuchając bladł i drżał - może od zimna; a choć się śmiał niby, niewesoło mu z oczu patrzało... Trącił go łokciem zadumanego ten, co do zamku namawiał. - No - rzekł - namyślcie się; pójdziecie ze mną; zaprowadzę was.

Wahał się jeszcze swalgon... Po chwili jednak, gdy mu się na męstwo zebrało, wstał stękając...

- To cóż! - rzekł - każecie, pójdę...

Wstał i ten, co go miał prowadzić.

- Cóż? do Redy? - zapytał Gajlis.

- Jużci - rzekł dworak - na grodku nie ma ich czym zabawić. Dziewczęta i baby. i co nas jest jużeśmy wszystko wypowiedzieli, co umieli i po dziesięć razy.

Swalgon węzełki swe i torby troskliwie zbierał; rozstąpili Się w progu stojący... Swalgon wychodził.

Ścieżynka wąska wiodła z tej strony od lądu, przez ów ciasny przesmyk ziemi, którym się pagórek zamkowy z nim łączył, ku grodkowi... Nie widać jednak było, dokąd zaprowadzić mogła. Z tej jednej ścieżki poza grobelką cała siatka wydeptanych w różne strony rozpościerała się wśród kamyków, mchów i spłowiałej biednej trawy...

Większej drogi nigdzie widać nie było ani wrót u góry, którymi by się do zamku dostać można. Dworak szedł nie patrząc ścieżek na prost ku wałowi, który z dołu patrzącym część ogromnych ścian drewnianych zakrywał.

Swalgon śpieszył za nim, szedł z tyłu i nie postrzegany rozglądał się bacznie. Dostali się tak pod sam usyp z ziemi wysoki i stromy, wśród którego ogromne głazy dzikie sterczały gdzieniegdzie. Ziemię od'osypywania się trzymały one i pale a deski, które się spod piasku częściami dobywały. Teraz poczęli iść ścieżyną na samym podwalu. - Dworak, który swalgona wyprzedził, stanął, zaczekał nań, popchnął go za barki ująwszy przed się... i nim się tamten rozpatrzeć mógł i opamiętać, znalazł się w ciemnościach.. Wał się jakimś cudem otworzył przed nimi; stali w wilgotnej szyi; nie widać było nic... Przewodnik, ciągle na ramionach wróżbity ręce trzymając naprzód go popychał.

- Śmiało! - rzekł - rozstaw pięście, macaj ścian... nie padniesz.

Szyja ciemna skręciła się zaraz w lewo, potem w prawo; swalgon czuł, że w dół zstępował, potem piąć się było trzeba do góry trochę. Mdła odrobina światełka widzieć się dała, jakby kilka jasnych nici wisiało na tle nocy... Były to szpary we drzwiach, nieszczególnie spojonych. Swalgonowi lżej się zrobiło, gdy poczuł je pod rozpostartymi dłońmi. Otworzyć ich jednak nie umiał i towarzysz jego dopiero wywiódł go na światło dzienne. Stali na wąskiej drodze, poza którą widać było tuż okop drugi i na nim óstrokoły gęste... Ponad nimi w górze wznosiły się ściany zamkowe... Szli więc drożyną tą znowu, aż do drugiej furty, strasznymi głazami polnymi obwarowanej. Nie widać jej zza nich było; dopiero, gdy się za kamienny wał dostali, towarzysz swalgona zapukał i drzwiczki się wąskie otwarły.

Pierwszy wszedł przewodnik za rękę ująwszy wróżbitę, bo tu by obcego straż nie dopuściła, a i gromada psów, poczuwszy nie swego, porwała się nań ujadając. Ciemną szyją znowu w podwórzec weszli wewnętrzny. .

Tu dopiero z bliska mógł się swalgon przypatrzeć temu gmachowi, jakby nieludzką ręką wzniesionemu. Piętrzyły się ściany, ani wierzchu było ich dojrzeć, gładkie, twarde, których

zdało się, że żadna moc ludzka obalić nie zdoła. - Zdumiony swalgon przyglądał się im ze strachem i poszanowaniem.

U góry w pewnych odstępach widać było czarne przekroje jakby okna wąskie. Na wystających gdzieniegdzie belkach wisiały grube, jak ręka ludzka, sznury i wicie...

W prawo i lewo za tą twierdzą jak misa wklęsła rozciągał się dziedziniec przestronny... Tu pełno było ludu, bo właśnie do pożywienia go zwołano i roiło się około niecułek, drewnianego statku i ogromnych garnków glinianych, z których para buchała.

W tym milczącym grodku nikt by się był nie mógł domyśleć nawet takiej załogi mocnej... A lud, jak swalgon zaraz postrzegł, młody był, doborowy, silny i czerstwy...

Chodzili wpośród niego dziesiętnicy i ład trzymali, ale po ojcowsku, łagodnie, śmiejąc się i głaszcząc, podżartowując i podśpiewując.

Podróżny byłby się może zatrzymał dla lepszego obejrzenia po zamku, lecz dworak mu nie dał stać i za sobą pociągnął.

Budynek z bierwion sosnowych, długi, niski, u wałów stał, zakryty nimi, a ponad dachami jego z dymników i spomiędzy dranic, którymi był kryty, dym się dobywał...

 

[Romowe] s. 134-141

Dolinę wpośród gęstej puszczy zieloną, której środkiem mały strumień przebiegał, otaczały dęby i lipy, graby i leszczyna... Jak wygnanki osamotnione, uwięzione, ściśnięte, dwie czy trzy olbrzymie sosny, świerków para ciemniejszymi gałęźmi ponad wiosenną zieleń liściastych braci dobywało się do góry... Nagie ich pnie strzelały ku niebiosom, bo żaden konarów w tej gęstwinie zgłuszonych nie mógł puścić;... Stały świerki i sosny te jak niewolnice... i tyle miały powietrza i słońca, co nad sobą...

Za to się dobrze działo zwycięzcom, rozrastającym się bujnie;a nigdzie ślad ludzkiej ręki nie nadwerężył tych panów puszczy, których i burza szanować musiała, bo wkraść się tu nie mogła...

Padało słońce w dolinę, ale do głębin leśnych, gdy się liśćmi okryły, me zajrzał promień żaden i tajemnic ich nie odsłonił... Jak sklepienia zielone, splątane z sobą i pokrzyżowane, rozpościerały się gałęzie, pod sobą cienie kryjąc i chłody...

U skraju lasu, na małym pagórku, który strumień podmywał l na wiosnę jeden bok odarł z murawy, żółty piasek obnażywszy i glinę, siedział dąb odwieczny, król lasu, ojciec może tej gęstwiny. Wierzchołek jego występował ponad najwyższe drzewa, a stopy rozpostarte, porozłupywane, grube jak drzewa, wielką przestrzeń zalegały...

Dąb to był jeden, czy trzy z sobą zrosłe, że się w jedną olbrzymią zlały bryłę; teraz już rozpoznać nie było podobna... Grubą korę czy pioruny poryły głęboko, czy wieki tak ulepiły — nikt nie umiał odgadnąć. Rozdoły poobrastały mchy, gdzieniegdzie trawy i kwiecie nawet... Pasożyty te, przyczepione do szczelin, zwieszały łodygi i liście ku dołowi, jakby prosiły się na ziemię...

Pod dębem nic nie rosło, oprócz trochy mchu i chudej trawki pożółkłej.

Na grubych dębu gałęziach z trzech stron pozawieszane były bryły całe sukna szkarłatnego, opadające aż na ziemię. Jedna tylko połać od słońca odkryta była... Na pomniejszych żywych i suchych gałązkach niezliczona moc ręczników szytych, fartuchów, płacht, zawitek najdziwaczniej się strzępiła...

Niektóre z nich były białe jeszcze i jasne, inne pożółkłe, sczerniałe, pobrukane, podarte w strzępki, rozgniłe na nici. Gdzieniegdzie pas czerwony, wstęga jakaś — kraśniały wśród tych łachmanów i bielizny...

Z dala poza dębem-królem wielkim kołem biegł płot wysoki, szczelny, który schodził aż do strumienia i przeskoczywszy go część łąki zamykał... Z tyłu od lasu stały w tej zagrodzie wrota wysokie, mocne, dachem pokryte, a po. obu ich bokach — dwie furty ze schodkami,

Tam, gdzie stary pień dębu patrzał na świat i słońce a rozpadł się jakby we dwie połowy, w głębokiej dziupli widać było kloc nieforemny... Pień to był innego drzewa, dobyty z ziemi, który naroście, korzenie, garby i szpary urobiły tak dziwnie, jakby nad nim ręce ludzkie pracowały. A nie tknęły go nigdy kamień ni żelazo. Bawiła się siła jakaś nieznana, gdy rósł w ziemi ten potwór, by mu kształty nadała niby ludzkie, niby zwierzęce, istoty niebywałej a strasznej... Pień ten miał głowę olbrzymią i w niej doły jak oczy i rozwartą paszczękę, a pod nią nastrzępioną brodę... a ponad czołem występującym jak dach strzechę kudłatą...

Głowa siedziała wbita w ramiona szerokie bez szyi, z piersią wypukłą i nabrzmiałą; niby rąk dwoje chudych, przyczepionych było do boków; niby grube dwie skręcone nożyska, zwijały się dwa sploty korzeni u spodu...

Potwór to był niekształtny, a choć myśl żadna w nim nie postała i przypadek jakiś wyrzeźbił mu twarz straszną — oblicze to mówiło, bałwan był jakby snem jakiejś istoty, która na progu życia w kloc stężała...

Gdy się człowiek wpatrywał w to bóstwo dobyte z ziemi, zwolna przejmowała go trwoga, przechodziły dreszcze, zdawało się, że te dwie jamy czarne wzrok miały i rozdarta gęba przemówić mogła, a ręce piorunem cisnąć...

Po czole mchy i resztki kory złupanej rysowały marszczki groźne, na policzkach snuły się jakby zastygłe uśmiechy szyderstwa...

Pień ten gadał do ludzi... choć milczał.

Gdy promienie słońca l cienie liści ruchome nań padały, zdawało się poruszać oblicze, mienić i stawać na przemiany to groźnym a okrutnym, to szyderskim a bezlitosnym, to spokojnym i uśpionym. Bałwan budził się, żył, zabarwiał, blednął, a przy ogniach nocnych poruszał...

Stał przeciw słońcu, urągając mu się i wyzywając..

Dąb był świątynią Perkunasa, kloc — cudownym wizerunkiem jego... A dokoła rozciągało się .święte Romowe nowe, wyroczni miejsce i dziwów. I strumień, co obmywał podnóże, był święty i ziele, co na niej rosło, cudownym było... i powietrze, nasycone wonią liści, dawało życie.

Przed dębem, nad strumieniem ułożony był z ciosanych misternie kłód jakby stos wielki i wysoki, który się zwężał u góry i obwiedziony był balasami. Na nich zwieszało się sukno szkarłatne, które wiatr miejscami pościągał i poobrywał. Z tyłu wiodły na stos schody, bo tu Krewe-Krewejto-Ewarto-Krewe, kapłan najwyższy, czasem wstępując, ukazywał się ludowi i przemawiał, zagrzewając do czci bogów swych a odpychania obcej wiary...

Były to dnie uroczyste, rzadkie, na których oznajmienie mnogie zbierały się tłumy.

Lecz i w dnie zwykłe nigdy tu pusto nie było. I teraz roiła się ludem dolina, widać było w lesie porozkładane ogniska, powiązane konie, snujących się ludzi w bieli.

Zza dębu podnosił się zwolna ku górze siwą wstęgą dym, od kamiennego ołtarza... Tu było ognisko nieustające, święty płomień, co nigdy nie gasnął, podsycany smolnym drzewem, żywicą i ofiarami pobożnych... .

Pomimo nagromadzonych tu tłumów, cisza jakaś uroczysta panowała nad doliną. Szmery tylko ludzi, około świętego ognia się przechadzających, rżenie koni, szum lasu przerywały milczenie. Pobożni mówili głosy zniżonymi, chodzili nie czyniąc wrzawy, z poszanowaniem dla miejsca świętego. Ptactwu tylko i strumieniowi wolno było swobodnie głosić cześć litewskiego boga... A że po mnogich przybyszach w dolinie zawsze pełno było okruchów jadła, gromadami krążyli nad .nią leśni mieszkańcy, najrozmaitszymi odzywając się głosami.

Widok doliny był wielkim, pełnym rozmaitości obrazem...

Z jednej strony gromadą siedzieli siwobrodzi starcy nad wygasłym ogniskiem, gwarząc między sobą po cichu. Dalej w głębi widać było odosobnione niewiasty i dziewczęta, które jedzenie dla pielgrzymów przygotowywały krzątając się około kamieni, wśród których ognie rozpalono.

Kupkami stali mężczyźni, z różnych stron, z różnych powiatów, mieniając się z sobą przyniesionymi wieściami. Młodzież S skraju lasu, żwawiej rozmawiając, śmiejąc się po cichu, niekiedy wyzywała się na rękę, porywała jakby do zapasów i wprędce, przypomniawszy, gdzie była, uspokajała się, zalecając sobie milczenie.

Bliżej stosu, dębu i ognia snuli się kapłani rożnego stopnia, miejscowi i przybyli... Krewowie mniejsi, w białych szatach i pasach, z laskami białymi w rękach; wejdaloci w sukmanach oszytych taśmami białymi i strzępkami, niektórzy w wieńcach na głowię, inni niosąc je w ręku, niektórzy z obnażonymi skroniami, w zapylonej podróżą odzieży

Mniej pokaźnie, ubogo poodziewani wiejscy wurszajtosi poza starszyzną trzymali się na uboczu z poszanowaniem, a przy nich siggonoci, ofiarnicy, mężowie silni i surowego wejrzenia.

Tym nieraz nie tylko kozła i owcę przychodziło zabijać u ołtarza, ale i porwanego na wojnie niewolnika na stos związanego, prowadzić i dobijać, gdy się męczył...

Całym zastępem poza parkanami dębu świętego leżeli obozem wróżbici, guślarze, wędrowni śpiewacy, burtynikasy, swalgonowie, pogrzebowi słudzy lingussony...

Po odzieży ich, zwyczajnej, nie różniącej się od sukien, jakie lud w różnych stronach nosił, poznać było można, iż przychodzili tu z wyższej i niższej ziemi, od granic języka, od rubieży Krywiczan, z głębin lasów, błot i puszcz dzikich...

Wszyscy oni choć raz w rok musieli się u świętego źródła i dębu pokrzepić, oświadomić i nabrać wody dla chorych, popiołu z ogniska, liści z drzewa...

Każdy z nich przynosił Krewie lub wejdalotom wieść o tym, co się działo po innych miejscach świętych, a stąd brał rozkazy i upomnienia...

Słuchano Kunigasów, mających żelazne miecze w ręku, ale biała laska Krewy, gdy nią skinął, nie postrachem, lecz jakąś siłą niepojętą poruszała tłumy. Najwyższy kapłan, jeszcze z prastarych czasów, miał większą moc niż żelazo książęce...

Bliżej ognia świętego, oddzielone od innych, w osobnej zagrodzie, mieściły się stróżki wejdalotki, dziewczęta wybierane z najpiękniejszych, najdorodniejszych, najsilniejszych... wszystkie jednakowo odziane, w bieli i zieleni, milczące, poważne, do których mężczyznom zbliżać się nie było wolno. Z kolei po trzy wychodziły, niosąc drzewo i żywicę... przystępowały do ogniska, podsycały je i stojąc, czekały, zapatrzone w płomień, dopóki inne nie przyszły ich wymienić z kolei. Czasami cichy śpiew nuciły, który brzmiał tęskno, powolnie, jak skarga ludu do bogów...

Wejdaloci, służący u dębu perkunasowego, prawie nieustannie byli zajęci. Przychodzili do nich wędrowni wróżbici po radę, chorzy po lekarstwa... Matki przynosiły, dzieci, biedni znosili ofiary.

Krewule, staruszek z brodą szarą, mały, otyły dosyć, zmęczony, na ustroniu siedząc, pod daszkiem u parkanu, oparty on, drzemał, oczekując, aż który z wejdalotów przyjdzie go o co zapytać. On. tu wątpliwości i spory rozstrzygał...

Obok niego przez drzwi półotwarte w szopce, dachem dranicowym pokrytej, dostrzec było można poskładanych ofiar różnych, poprzynoszonych Perkunasowi.

Na policach stały garnki z miodem, .kręgi wosku, warkocze lnu, sztuczki płótna, pasy i zapaski, nawet sznury bursztynu i szkieł świecących... W bodniach zsypywano ziarno, na kołach wisiały pozabijane zwierzęta... Skarbiec to razem był i spiżarnia...

Kiedy niekiedy z wejdalotów który to przynosił tu nową dań i składał, to zabierał, co na pożywienie było potrzeba...

Wśród tego ruchu u dębu milczenie zachowywane czyniło widowisko to dziwnym, jakby nie żywi ludzie, ale duchy i cienie się nieme około służby boga krzątały... Białe suknie wejdalotów i kapłanek czyniły je w istocie do jakichś widm podobnymi...

W obozie, gdy nawet dziecię zakwiliło, matki zatulały mu usta, aby świętego milczenia nie przerywało.

Raz w dzień, o wschodzie słońca, gdy pierwszy promień jego na dolinę zaglądał, na nowiu Menesa i na pełni... odzywały się śpiewy wejdalotów. Reszta ofiar w ciszy się odbywała...

Taki był obyczaj dawny i potrzeba dni teraźniejszych, bo Romowe i świętości musiano przed Krzyżakami ukrywać, a śpiewy zdradzić mogły...

Trzykrotnym łańcuchem opasane było uroczysko dokoła... Zbrojna straż koczowała przy dolinie, a wszyscy też kapłani mieli oręż i gotowi byli stanąć w obronie swych świętości. O stajań kilka drugi szereg opasywał kręgiem Romowe... Na skrajach puszczy stali trzeci wartownicy czujni, którzy o niebezpieczeństwie hukaniem i naśladowanymi różnych ptaków głosami oznajmiali. Niejeden już naówczas dąb święty padł pod siekierami niemieckimi, niejedno Romowe zniszczono, wielu wejdalotów wyrzezano; ostatnie przytułki świętości starych musiały być pilnie strzeżone.

Skarbce też kosztowniejsze, złoto, srebro i miedź chowano w podziemiach, w lesie utajonych, o których tylko najwyżsi wiedzieli kapłani.

 

[Obrzęd pogrzebowy] s. 206-207

Począł się więc obrzęd pogrzebowy, wedle prastarego obyczaju.

Złożono zwłoki na zwykłej pościeli, która się teraz stała - śmiertelną (patałas) - wtłoczono beczkę ałusu i otwarto drzwi, aby wszyscy nieboszczyka mogli raz ostatni pozdrowić.

Stare niewiasty poczęły obmywać ciało - i wdziały na nie długą koszulę, z dawna przygotowaną, włożono mu wiżos (chodaki) na nogi i posadzono trupa na ławie, w rogu izby, obstawiwszy pałkami, których dawniej w boju używał, a dziś one go podtrzymywały.

Tłum ludu stał dokoła starca, czerpał z beczki, przepijał do nieboszczyka i śpiewał:

- Pijemy do ciebie panie miły, dlaczegóżeś umarł? czemuś nas osierocił?

Każdy po swojemu pozdrawiał, nucił i zwrotkę kończył jednakowo:

- Dlaczegoś umarł? czemuś nas osierocił?

- Nie miałżeś co pić, co jeść? nie byłoż dostatku w domu? nie było ci służyć komu? Dlaczegoś umarł? czemużeś nas osierocił?

- Nie miałżeś odzienia, sprzętu, pełnych skrzyń i zasieków, na czym ci w domu zbywało? Dlaczegos umarł? Czemuś nas osierocił?

- Nie miałźes dzieci ukochanych, żony w domu? sług dostatkiem druhów i braci, co cię kochali? Dlaczegoś umarł? czemuś nas osierocił?

Marger, który po raz pierwszy przypatrywał się pogrzebowi litewskiemu, stał zdumiały i poruszony. Przypominał sobie czarne trumny i żałobne śpiewy chrześcijańskie. Tu wszystko wyglądało i odzywało się inaczej.

Z tamtymi umarłymi rozstawano się, oddając ich Bogu, na sąd jego; tu żegnano jak odjeżdżających do ojczyzny i praojców.

Izba cały ten dzień, całą noc i jeszcze jedną dobę stała otworem. a w niej pito, śpiewano, wchodzili i wychodzili ludzie, przypatrując się nieboszczykowi i płacząc u zwłok jego. Blady trup z usty otwartymi, których śmierć zawrzeć nie mogła, siedział jakby uśpiony. Niewiele się zmienił od żywego.

Tymczasem wszystko przygotowywano do pogrzebu. A że co chwila spodziewano się napadu Krzyżaków, musiano na wzgórzu obok zamku stos ułożyć.

Rano weszły niewiasty znowu i obmyły ciało raz jeszcze, włożyły odzież białą; przypasano mu miecz, za pas zatknięto siekierą, szyję obwinięto ręcznikiem, w którego węzeł grosz był wetknięty na drogę, i zaczęto płacząc pić na pożegnanie.

Tuż u drzwi stał wóz pogrzebowy, na którym posadzono trupa i gromada, dokoła stojąca, zaczęła duchy złe odpędzać krzykiem i miotaniem włóczniami.

Zanuciły płaczki rwąc rozpuszczone włosy. Niedaleki pochód był ze zwłokami, bo tuż gotowy stał stos śmiertelny, ale przy nim brakło gromady kapłanów, i dwaj ubogo odziani tilussoni z bliskiej osady musieli sami służyć za innych i raudy na cześć Walgutisa wyśpiewywać.

Marger, który przy pogrzebie dziada powinien był rej wieść, nie umiał mu oddać ostatniej posługi. Wszystko tu dlań nowym było, obcym, dziwnym, niezrozumiałym.

Gdy Walgutisa na wierzchołek stosu dźwignięto i posadzono na tym tronie, który wkrótce płomienie objąć miały, musiał Marger pójść go pocałunkiem pożegnać i naówczas dopiero tilussoni ogień w czterech rogach podłożyli.

Reda, której rozpacz i żal po ojcu były do szału posunięte, jękiem napełniała powietrze, rwała włosy, miotała się, śpiewała, padała na ziemię i wszystkim płaczkom przewodziła.

Gdy płomienie się podniosły ku górze, poczęli słudzy nieść wszystko, co na stosie z umarłym spłonąć miało: całymi koszami wleczono oręż, odzież, sprzęty, kosztowne naczynia, łupy wojenne. Wszyscy rwali i ciskali w rozżarzone ognisko drogie skarby, aby duch Walgutisa zabrał je z sobą na drogę, na Anafiel wysoki.

 

Powrót

© Towarzystwo Pruthenia